Pikuj kwiecień 2016

Pikuj – wiosna 2016

Minęło sporo czasu od ostatniej wyprawy, po ciężkiej walce z zimowym Pikujem każdy z nas ma ochotę na więcej. Ostro wyposzczeni brakiem gór oraz pełni pozytywnej energii szykujemy drugą wyprawę na Pikuj w bardziej sprzyjających warunkach, miejmy nadzieję. Tym razem zaplanowaliśmy na wszystko trzy dni. Z wieczora zameldowali się u mnie Piotrek z Rafałem, przy lekko procentowej nalewce omawiamy ostatnie szczegóły parę godzin przed wyjazdem, szybki sen i wczesnym rankiem ruszamy… Tym razem w pełnym składzie. “Góra Przeznaczenia” czeka…

Podróż, koniak i dziurawy asfalt…

Wstajemy wcześnie, mocno nabuzowani bez łyka kawy. Po chwili spakowani i gotowi lecimy Frontunią po chłopaków. Zgarniamy Martina a za chwilę Bażanta i mkniemy na przejście.

Pakowanie do Frontery
No to się pakujemy…

Szybko odprawiamy się na granicy, po chwili jesteśmy pod sklepem na Ukrainie. Poranek mocno rześki, lekki przymrozek, prawidłową temperaturę ciała pomaga nam utrzymać butelczyna pysznie rozgrzewającego koniaczku. Frontera zapakowana po dach bagażami oraz znaczną ilością płynów niezbędnych do przetrwania.

Butelka koniaku.
Koniaczek…

Nie ma na co czekać z okrzykiem “Ahoj Przygodo” rusza w drogę ku “Górze Przeznaczenia”. Po drodze mamy zaplanowane jeszcze parę miejsc, które chcielibyśmy zobaczyć. Mijamy Chyrów, Stary Sambor następnie dojeżdżamy do miejscowości Spas zjeżdżamy z głównej drogi gdzie kierujemy się w głąb miejscowości. Kluczymy między domami wąską polną drogą. W pewnym momencie zastanawiamy się czego my właściwie szukamy? Wiemy, że gdzieś nad tą miejscowością znajduje się grupa skał, zwana Diabelskim Kamieniem, Spaskim Kamieniem albo Kamieniem nad Busowiskiem. Z uporem maniaka szukamy drogi do naszego celu, wreszcie udaje się nam polną drogą wyjechać ponad wieś.

W drodze do Diabelskiego Kamienia (m. Spas)
W drodze do Diabelskiego Kamienia (m. Spas)

Kilkaset metrów dalej spotykamy grupę osób pracujących w polu, po krótkiej rozmowie wiemy gdzie mamy się kierować. Wyjeżdżamy dosyć głębokimi koleinami pod las. Tu pojazd zostaje a my dalej ciśniemy z buta.

W drodze na Diabelski Kamień
W drodze na Diabelski Kamień

Dzielnie maszerujemy przed siebie łykając następne metry, po drodze mijamy zadaszone miejsca na biwak. Wychodzi na to, że jeszcze kawałek. W oddali widać zarysy skał. Jesteśmy!

Diabelski Kamień (m. Spas)
Diabelski Kamień (m. Spas)

Trzeba przyznać, że to miejsce jest naprawdę ładne, warto było zboczyć z kursu. Chłopaki trzaskają zdjęcia, a ja biorę kija z kamerką i wchodzę na jedną ze skał by trzasnąć pare kadrów do filmu – pan reżyser kazał. Jesteśmy na miejscu jeszcze kilka minut następnie wracamy. Przy samochodzie spożywamy po energetycznym koreczku, przygotowanym oczywiście przez Bażanta. Z tego miejsca ładny widok na dolinę Dniestru oraz biegnącą nią linię kolejową do Sianek przez tunel kolejowy. Coś do koreczka i dalej w drogę.

Koreczki i koniaczek...
Koreczki i koniaczek…

Wracamy do naszej głównej trasy. Wyjeżdżamy serpentyną ponad tunel widziany z pod lasu. Tutaj też kilka fotek i jedziemy dalej.

Linia kolejowa Sambor - Sianki
Linia kolejowa Sambor – Sianki w okolicach miejscowości Spas

Zatrzymujemy się przy małych wodospadach na potoczku w Rozłuczu na łyczek kawy i małe co nie co… Kilkoma serpentynami zjeżdżamy do miejscowości Jawora. Tam na rzece Stryj znajduje się zbiornik retencyjny, z którego niedawno spuszczono wodę. Nadmiar energii po koreczkach nie pozwala nam spokojnie siedzieć w samochodzie więc idziemy połazić po jego dnie, które wygląda jak powierzchnia księżyca.

Zbiornik wodny w Jaworze

Z Jawory uderzamy do Turki. Bażant mówi, że wie gdzie tam można dobrze zjeść. Główna droga omija miasto, więc my musimy zjechać do centrum.

Turka
Turka

Stajemy na małym placu przy którym znajduje się restauracja “Viktoria”. Na miejscu wrzucamy na ruszt barszcz oraz pielmieni małe pierożki z mięsem, wszystko bardzo dobre. W między czasie Raff z Martinem kupują kartę sim aby nawiązać łączność ze światem i mieć stały kontakt z bazą.

Restauracja "Viktoria" w Turce
Obiad zaliczony… (restauracja “Viktoria” w Turce)

Kręcimy się jeszcze chwilę po uliczkach, oglądamy m. in. dworzec kolejowy na którym czeka sporo osób na jeden z najbardziej uczęszczany środek transportu na Ukrainie.

Dworzec kolejowy w Turce
Dworzec kolejowy w Turce

Wyjeżdżamy z Turki boczną drogą. Zatrzymujemy się na wzniesieniu, skąd rozciąga się widok na miasto i okolicę. Korzystając z okazji przyjmujemy coś na trawienie w rytmie Rock’n’Roll…

Okolice Turki
Rock’n’Roll…

Mamy cholernie dobre humory i nawet droga, która naładowana jest dziurami jak dobry ser szwajcarski nie bardzo nam przeszkadza. Ten optymizm udziela się mocno kierowcy, który mknie przez lokalne odcinki specjalne z zawrotną prędkość max. 30 km/h!!!

Martin
Na zdrowie…

Kałuże są takie, że chłopaki na tylnym siedzeniu zaliczyli prysznic przez szyberdach… Po ok. 4 km docieramy do głównej drogi, lecz ta to następny sprawdzian dla kierowcy w omijaniu dziur, jak to mówią d..y nie urywa, ale koła napewno.  Rekompensują to jednak widoki rozciągające się naokoło. Dojeżdżamy do Boryni, gdzie skręcamy w lewo kierując się na Mochnate. W Komarnikach podjeżdżamy pod kościół zbudowany z cegły. Zaglądamy do środka, okazuje się, że trwa tam remont. Kościół podlega parafii w Turce.

Wnętrze kościoła w Komarnikach
Wnętrze kościoła w Komarnikach

Raff z Martinem, korzystając z chwili, urządzają sobie zapasy, zapewne celem rozprostowania kości. Jedziemy dalej, wzdłuż drogi płynie rzeka Stryj. Żal byłoby nie skorzystać z takich okoliczności i coś nie przekąsić nad wodą. Zjeżdżamy błotnistą drogą nad brzeg. A skoro już jesteśmy nad rzeką, to może by tak…

rz. Stryj
Mycie podwozia…

…pojeździć po niej. Raff stwierdził, że musi uwiecznić to na filmie, więc, tak jak jeden gość 2000 lat temu, postanowił pochodzić sobie po wodzie. Przepłacił to prysznicem z pod kół Frotki, ale czego się nie robi dla dobrego materiału…

rz. Stryj
Tu Raff zaliczył przymusową kąpiel (rz. Stryj w okolicach Komarnik)

Kilka kęsów, dwa łyczki i jedziemy dalej. Skręcamy do Libuchory. Wieś ciągnie się przez kilkanaście kilometrów. Wygląda trochę jak zamieszkały skansen. Domy kryte strzechą, niektóre narzędzia też z poprzedniej epoki, malutkie skrawki pól poprzegradzane płotami. Zwierzęta wychudzone, oprócz świń które pasą się luzem na rowie.

Libuchora
Libuchora

Wśród starych chałup, są i nowe domy – bardzo dużo tu kontrastów. Wieś jest ogromna.

Chata w Libuhorze
Chata w Libuhorze

Robimy zdjęcia i wracamy do drogi Borynia – Mochnate. Jeszcze tylko kilka kilometrów i skręcamy do Husnego. Tym razem nie mylimy drogi i docieramy prosto do “Bojkowskiej Chaty”.

Husne Wyżne - pensjonat Bojkowska Chata
Husne Wyżne – pensjonat Bojkowska Chata

Na miejscu wita nas widok Pikuja w wieczornym słońcu. Jutro trzeba się będzie na niego wdrapać, ale to dopiero jutro teraz czeka na nas kolacja i zamówiony wcześniej czan. Kierowca mocno odwodniony może wreszcie spłukać pył podróży ze swojego gardła. Wieczorne rozmowy, okowita, zakąski – tak powoli kończy się pierwszy dzień wyprawy.

Szum w głowie, góra i spokój ducha…

Wstajemy praktycznie z pierwszymi promieniami słońca, bez większych problemów. Smakosz wita nas oczywiście szklaneczką płynu na bezpieczny miękki start. Z lekko opuchnietymi buźkami, wygłodniali wbijamy na śniadanie. W głowie daje się odczuć lekki szum wczorajszej okowity. Żona gospodarza przygotowuje nam kanapki na drogę i herbatę do termosów. My w międzyczasie zbieramy nasze graty, kije, plecaki. No to w drogę.

Przygotowania

Najpierw łąkami, przechodzimy przez potok i zaczynamy się wspinać trochę zarośniętą drogą. Wychodzimy jednym z ramion spadających ze szczytu Przypór (Prypir). Na pierwszej polance zatrzymujemy się na uzupełnienie płynów.

Idzie się dosyć łagodnie. Dochodzimy do małego siodła, gdzie skręcamy w prawo w stronę głównej grani. Tutaj zaczynamy wspinać się mocniej. Polna droga zamienia się w kamienistą, miejscami mocno wypłukaną przez wodę, ścieżkę. Przechodzimy przez las i wychodzimy na połoninę.

Tutaj zaczyna trochę dmuchać, więc trzeba się ubrać. Wychodzimy pod Przypór i trawersujemy go kierując się w stronę Nondagu. Z grzbietu rozciągają się wspaniałe widoki zarówno na północ jak i na południe. Po stronie północnej szaro-buro, po zakarpackiej całkiem zielono. Ogromny kontrast.

Mijamy Nondag a na nim fantastyczne półki skalne od strony południowej. W obniżeniu robimy chwilę przerwy. Każdy zalega na ziemi i oddaje się chwili odpoczynku. Bażant, korzystając ze złapanego na chwilę zasięgu, wysyła – pewnie najdroższego w życiu – MMS-a.

W okolicy ani żywej duszy, tylko My i góry. Można by tak odpoczywać godzinami. No ale Pikuj sam się nie zdobędzie, więc czas ruszać dalej. Ścieżka wiedzie przez rumowisko skalane na Zełemenym. Od strony północnej dochodzi ścieżka od strony Husnego Wyżnego – tędy będziemy wracać.

Pomalutku wspinamy się pod górę, przed nami cel podróży – Pikuj. Jeszcze chwila i meldujemy się na szczycie.

Nareszcie możemy podziwiać widoki jakie rozciągają się przed nami. Możemy przysiąść na trochę dłużej, a nie jak zimą szybko uciekać by uciec od porywistego wiatru. Długość tej połoniny wywiera na nas wrażenie, naokoło przepiękne widoki.

Robimy pamiątkowe zdjęcia, wypijamy mały toast i możemy ruszać dalej w drogę.

Schodzimy najpierw wzdłuż grzbietu, by po kilkuset metrach odbić w prawo, w kierunku odnogi o nazwie Szydło i dalej w stronę Husnego Wyżnego. Powinien być tu żółty szlak, jednak jego znaków nigdzie nie widać. Ścieżka jest na tyle wyraźna, że nie mamy żadnych problemów nawigacyjnych. Na północnych stokach spotykamy jeszcze płaty śniegu. Po wejściu do lasu co jakiś czas można zobaczyć wymalowane na drzewach żółte znaki potwierdzające, że idziemy dobra drogą.

W lesie znajdujemy stolik i miejsce po ognisku, więc chętnie korzystamy z miejscówki i też rozpalamy ogień i pieczemy kiełbasę.

Po małej biesiadzie kierujemy się dalej w stronę wsi, tym samym szlakiem co podczas zimowego zejścia, z tą różnicą, że na polanie nie czekał na nas samochód a kolejne 1,5 km przez łąki trzeba było pokonać na piechotę.

Po przyjściu na miejsce, czeka na nas już pyszny obiad i goraca woda w czanie.

Oczywiście po obiadku chwila wytchnienia i idziemy się moczyć w “garnku”. Był czas na spokojne pogaduszki, skoki do “czanowego” baseniku.

Wieczorem podsumowanie dnia… wódeczka, pyszny bimberek, kompot pity prosto ze słoja… emocje po zdobyciu szczytu, widoki, płuca pełne od świeżego powietrza, zero stresu to jest to co daje moc…

Bezalkoholowe, suszona ryba i powrót do domu…

Poranek nie należy do lekkich… Wciskamy w siebie śniadanie, pakujemy graty, ładujemy się do Frontki, urozmaicamy przy mapie trasę powrotną do domu…

Wracamy do Matkowa. Po drodze mijamy ludzi idących z palmami do cerkwi, gdyż jest to Niedziela Palmowa. Mamy okazję spokojnie obejrzeć miejscowość, jej mieszkańców jak i różnego rodzaju “pomniki inżynierii”. W Matkowie skręcamy w prawo kierując się w stronę drogi Lwów – Użgorod, a następnie znowu w prawo, na południe w stronę przełęczy Latoryckiej. Zatrzymujemy się na małym bazarku.

Kupujemy lokalne herbatki, sprawdzamy stan techniczny pojazdu i możemy dalej ruszać w drogę. Następny przystanek na samej przełęczy. Cykamy kilka fotek i zjezdzamy w stronę miejscowości Niżne Worota. Tutaj przystanek na stacji benzynowej celem uzupełnienia płynów a kilka kilometrów dalej stały posterunek policji.

Panowie bardzo uprzejmi, po zamienieniu kilku słów jedziemy dalej. Zaraz za posterunkiem skręcamy w prawo w kierunku miejscowości Żdeniowa. Cały czas po prawej stronie towarzyszy nam Pikuj.

Przystajemy nad potokiem, na jakiejś łączce. Dookoła jest tak zielono, że trudno uwierzyć, jak duża jest różnica pomiędzy północną a południową stroną Karpat.

Wjeżdżamy między strome zbocza, dolina bardzo się zwęża. Droga prawie dotyka do rzeki.

Miejscowości przez które jedziemy są zupełnie inne niż te, które mijalismy jadąc do Husnego. Architektura przypomina tą węgierską, więcej jest murowanych budynków. Dużo tu kościołów, a może to cerkwie tylko budowane w zupełnie innym stylu.

Dojeżdżamy do Żdeniewa. Tam w sklepie zaopatrujemy się w suszone ryby i bezalkoholowe piwo.

Widać, że jest to dogodne miejsce do wyjścia zarówno na Pikuj jak i na Połoninę Równą gdyż w okolicy jest bardzo dużo różnego rodzaju pensjonatów.

W którymś momencie droga gdzieś zgubiła swój asfalt. Miejscowości rozlosowane są na zboczach. W miejscowości Roztoka nasza szutrowa droga biegnie pod wyciętą w zboczu skarpą. Mijamy znak który wygląda jak z horroru.

Tablica przy drodze Żdeniewo - Użok
Tablica przy drodze Żdeniewo – Użok

Za szczytem w dolince robimy przystanek na kiełbaskę z ognia i koniak… Na drugą stronę dostać się nie jest łatwo. Niczym scena z filmu “Indiana Jonse” przeprawa nad rwącym strumykiem po niestabilnych patykach w wersji Hard…

Palimy ogień. Pełni wrażeń i emocji podsycamy żar ogniska wspomnieniami wczorajszego dnia. Rozmowy trwają w najlepsze, ale czas nas goni nie ubłaganie trzeba się zbierać.

Pogoda się psuje się co raz bardziej a chmury schodzą co raz niżej.

Docieramy do Przełęczy Użockiej, gdzie mijamy niemały wiadukt kolejowy, droga nie żałuje dziur i wyboi, ale “Majorowa Frontka” bez zająknięcia prze na przód…

Na przełęczy docieramy do Drogowego Punktu SG Ukrainy…

Po mocno dziurawej drodze zostawiamy za sobą przełęcz i ciśniemy w kierunku domu, gdzie powoli dobiega końca nasza następna wyprawa.

Wkrótce meldujemy się na przejściu granicznym i tu właściwie kończy się wyprawa… Każdy z nas cieszy się, że w jednym kawałku witamy nasz dom, że udało się osiągnąć cel wyprawy, baaaa… śmiało można powiedzieć, że było zaj..ście!!! Mimo to na końcowym etapie powrotu daje się odczuć lekki smutek i tęsknotę za górami, a może to jednak moc gorejąca w nas na następną wyprawę….

Miejsca po kolei:

Dzień pierwszy:

  • Spas – Diabelski Kamień/Spaski Kamień/Kamień nad Busowiskiem
  • Okolice Rozłucza – mały wodospadzik przy drodze
  • Jawora – Zalew ze spuszczoną wodą na rz. Stryj, żródełko z którego nabierają wodę
  • Turka – restauracja, stacja kolejowa z dużą ilością ludzi, zdjęcia na Frotce, przejazdy po kałużach z prysznicem do środka
  • Komarniki – kościół z cegły, zapasy z Marcinkiem, chodzenie po wodzie rz. Stryj
  • Libuchora – mega długa wioska, stare chałupy, świnie na drodze, wychudzone konie
  • Husne Wyżne – Jesteśmy na miejscu

Dzień drugi:

  • Prypir (Przypór) (1285mnpm)
  • Nondag (1303mnpm) – pólki skalne
  • Zełemeny (1304mnpm) – grechot na szczycie, rumowisko skalne
  • Pikuj (1408mnpm)
  • powrót , ognisko,
  • czan, amerykańskie auto, budowa u iwana, skoki do wody, bimber i kompot od iwana

Dzień trzeci:

  • Husne Niżne – architektura przemysłowa – 🙂
  • bazarek w Matkowie przed Przełęczą Latorycką
  • Przełęcz Latorycka – punkt widokowy
  • Niżne Worota (Niżne Wereczki) – punkt kontrolny
  • przysiółek (Podholicka) – teletubisie nad rzeką Latoricą
  • miejscowość (Podplazi) – wąska droga, głęboka dolina, strome zbocza, miejscowości o zupełnie innej architekturze
  • Żdeniewo (Żdeniowa) – sklep, suszone ryby, bezalkoholowe, pensjonaty
  • Roztoka – znak jak z horroru, szutrowa kiepska droga
  • Pomiędzy miejscowością Husny a Użok – ognisko
  • Przełęcz Użocka – wiadukty kolejowe, punkt kontrolny DPSU

Nazwy miejscowości w nawiasach podane są za przedwojenną mapą sztabową WIG.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.