Czarnohora – Howerla 2016 – cz. 1

Dzień pierwszy

Startujemy…

Czwartek, czwarta rano. Poranek wita nas mglistym, lekko mdłym nastrojem. My wręcz przeciwnie, witamy go z uśmiechem, pozytywnie naładowani energią – w końcu to nasza trzecia wyprawa!!! Nie obeszło się bez problemów, bo prawie z miesięcznym poślizgiem, możemy wreszcie ruszać. Szybko i sprawnie pakujemy się do kultowej już Frontki, która jest uzbrojona w box na dachu. Tym razem wyjeżdżamy na cztery dni. W pełnym składzie, bez żadnych problemów przekraczamy granicę.

Pojenie Frotki

Pierwszy przystanek zaliczamy pod sklepem, ponieważ cała ekipa zaczyna niebezpiecznie wykazywać pierwsze objawy odwodnienia organizmu. Z pomocą przychodzi Zakarpacki koniak bogaty w wodę i elektrolity w stężeniu do 40%. Nawodnieni i zapakowani pod dach, rozpoczynamy wyprawę – kierunek Worochta. Pierwsze prawie 100 km do Drohobycza łykamy ekspresowo. Stajemy na chwile na przedmieściach miasta Brunona Schulza, gdzie na stacji benzynowej kupujemy karty SIM, które umożliwią nam łączność ze światem.

Na przedmieściach Drohobycza

Mamy małą łamigłówkę z aktywacją kart, ale to nie kod da Vinci, więc po paru minutach pędzimy dalej.

Zagadka kodu da Vinci

Znaki drogowe prowadzą nas niby obwodnicą, przez osiedla, gdzie obok dworca kolejowego wbijamy ponownie na główną drogę. Na tym odcinku specjalnym, ogromne jamy zalane wodą, porównywalne są z oczkami wodnymi i chyba dało się dostrzec w nich jakieś życie. Nagle bum! Frotka wpada prawie po progi. Wyjeżdżamy z miasta, robi się już coraz jaśniej. Z przenośnego hangaru wyłania się bezzałogowy statek powietrzny. Stajemy na jakiejś bocznej drodze, będziemy latać.

Statek powietrzny zaraz po opuszczeniu hangaru

Łyczek soku z gumijagód dla operatora i drużyny. Szybki lot a przed nami Stryj. Jadąc dalej obok wielkiego skrzyżowania mijamy industrialne potwory w porannej mgle. Trudy podróży odbijają się na naszych żołądkach pustką, więc tuż przed Bolechowem zatrzymujemy się na mały popas. Rozprostowujemy kości, paru z nas ćwiczy poprawne wyjście z progu koła Frontki oraz telemark przy lądowaniu.

Dobre wyjście z progu…

Brakło bułek i bananów, ale nasz specyfik w płynie daje podobne rezultaty.

… i telemark

Po uzupełnieniu elektrolitów ruszamy dalej. Niestety kierowca nie okiełznał mocy swojej maszyny i podczas szybkiego nawrotu kontroler od drona zaliczył twarde lądowanie za burtą, operator na szczęście zapiął pasy. Zostawiamy za sobą Bolechów, a tu przed nami, na wzgórzu naszym oczom ukazują się jakieś złote kopuły. To monaster w Hoszowie. Mijamy go po jego lewej stronie i zatrzymujemy się nad kamienistym brzegiem Świcy. Dron rusza na rekonesans. Z ptasiej perspektywy monaster prezentuje się całkiem okazale, zapewne zajrzymy w to miejsce w drodze powrotnej.

Dronoperator przy pracy

Czas nas goni pora jechać dalej. Pogoda mocno osowiała może i jej przydało by się 100 gram Zakarpackiego koniaku na lepszy start. Mknąc dalej po prawej stronie przesuwają się wzgórza Beskidów Brzeżnych w głąb których skręcamy w Borszniowie.

Trudne loty w Beskidach Brzeżnych

W Rożniatowie zatrzymujemy się przy stopniach wodnych. Robimy kilka zdjęć. Rachityczne barierki nie zachęcają zbytnio do zbliżania się do krawędzi mostu, ponieważ wyginają się one tylko w jedną stronę, w stronę wody. Podziwiając jeszcze pare minut bezpieczeństwo wykonania barierek, wsiadamy do samochodu i ciśniemy dalej w kierunku miejscowości Krasna, a następnie Rosulna. Z prędkością patrolową pędzimy dalej, drogą naszpikowaną kraterami niczym powierzchnia księżyca, co nie pozwala użyć szoferowi trzech następnych biegów.

Jeden z kraterów w jezdni

W Rosulnej zaczynamy szukać jednej z naszych zaplanowanych wcześniej atrakcji – dawnej bazy wojskowej ze sporymi masztami, zdaje się, że możemy mieć z nich genialne widoki. W tym celu skręcamy w stronę miejscowości Miżhiria (przed wojną Majdan). Zaraz na początku wsi, według planu powinniśmy skręcić w prawo. Tak też robimy, tam wjeżdżamy na drogę, która jest wprost idealnie dopasowana do kół naszej Frotki.

Naturalne środowisko Frotki

Okazuje się, że jednak nie jesteśmy tu sami nagle z naprzeciwka wyłania się autobus i to nie taki normalny lecz uterenowiona myśl techniczna “matki Rasiji” chyba na bazie jakiegoś ZIŁ-a (najprawdopodobniej był to KAvZ 685).

Myśl techniczna “matki Rasiji”

Mamy lekkie problemy z lokalizacją wież. Nie pomagają nam w tym liczne boczne ścieżki odbijające od głównego traktu oraz mgła, która niezmordowanie towarzyszy nam w poszukiwaniach.

Decydujemy się na lot, trzeba przebić się przez mgłę, może tak uda nam się znaleźć właściwy kierunek

Dron zatankowany, operator Raff przechodzi kalibrację przy użyciu 50 gram Zakarpackiego. 3… 2… 1… START… Piękny lot koszący po kilku sekundach zakończył się nomen omen na brzozie… a wiedzieliśmy, że potrafią być niebezpieczne. Sprawna akcja poszukiwawcza, dron zlokalizowany, na szczęście uszkodzenia znikome.

Skutki bliskiego spotkania z brzozą

Szybka narada, wniosek – wymiana śmigieł w dronie oraz ponowna kalibracja pilota Zakarpackim. Lot gładki i precyzyjny, niestety nie udało się zlokalizować celu poszukiwań z powietrza, trzeba spróbować ponownie z ziemi. Rzut oka na mapę, mniej więcej wiemy gdzie trzeba się udać. Toczymy się dalej naszą błotno-szutrową, czołgową drogą. Docieramy do polany na której coś powinno być, zdaje się, że może kiedyś i było, ale teraz to już tylko resztki jakichś fundamentów.

Błotno-szutrowa droga czołgowa

Musimy jakoś wrócić do wsi i tam spróbować coś poszukać. Kamienistą drogą mijamy zabudowania i wjeżdżamy do lasu. Dalej nawet Frotka nie da rady. Czas na drugi lot rozpoznawczy.

Tym razem łatwo nie jest bo startujemy  w środku lasu. 3… 2… 1… Dron bezpiecznie mija korony drzew i jest już w powietrzu. Mgła jak pod Smoleńskiem, może z wysokości będzie coś widać. Dron leci swoją mleczną drogą, aż tu nagle – coś się pojawiło na na ekranie. Tak to jakiś maszt!!! Trzeba to zbadać! Pik, pik, pik… Lost Signal… WTF… Czoło operatora w sekundzie pokryło się potem. Nosz kur… to nie jest dobry dzień na latanie. Po kilku minutach strachu udało sie nawiązać łączność z dronem. Raff precyzyjnie i bezpicznie niczym Tom Cruz w Top Gun-nie doprowadził drona na miejsce startu. Do dziś nie wiemy jak to zrobił, ma chyba jakieś nadprzyrodzone zdolności, w końcu chodził po wodzie na co ma świadków.

Nadprzyrodzone zdolności pilota

Podczas pakowania sprzętu pada twarda deklaracja – dziś już nie latamy. Trzeba się pogodzić z fiaskiem operacji poszukiwawczej. Gorzkie łzy porażki ociera zakarpacki.

Musimy się zbierać, bo do Worochty kawałek drogi. Wracamy wiejską drogą, zjeżdżamy w dolinę. Całkiem urokliwe widoki. Może by ten ostatni raz polecieć… No dobra lecimy kawałek za samochodem i dron wraca do bagażnika. Tryb “Za mną” ustawiony, no to ruszamy. Droga i rzeczka biegną lekkimi zakosami blisko siebie. Dolina się lekko zwęża, fajne kadry… W pewnej sekundzie lotu dron wybiera swoją trasę wprost na najwyższego świerka. Ale urwał…! Mógł zostać w bagażniku.

No nic trzeba go znaleźć. Na szczęście słychać jego silniki. Wchodzimy do lasu. Badamy drzewo po drzewie, aż w końcu jest. Widać jego błyskające światła. Tylko czemu na czubku drzewa. Wyjść na nie nie da rady. Robi się zmierzch, trzeba działać. Grupa ekspedycyjna sprowadza ze wsi piłę motorową wraz z pilarzem. Nie mamy pewności czy jest on wysokiej klasy. Po chwili walki z pniem, drzewo zaczyna się przechylać, aż w końcu z hukiem ląduje czubkiem w przydrożnym rowie. Wraz z drzewem wylądował nasz statek powietrzny, niestety po raz ostatni tej wyprawy… 

Worochta czeka…

W nie najlepszych nastrojach część ekipy postanowiła przespać się z problem, a pierwszy rząd prowadził i nawigował. Przez Rosulną ruszamy w stronę Nadwórnej. W Nadwórnej Raff rozkiminia temat katastrofy przy paru piwach. Dalsza droga prowadzi przez całkiem ładnie oświetlone Delatyn, Jaremcze i Tatarów, miejscowości sprawiające wrażenie całkiem zadbanych. W końcu docieramy do Worochty. Telefonicznie dostajemy informacje gdzie dokładnie mamy się udać. Klucząc wśród zabudowań wspinamy się stromą wąską ścieżką, gdzie wreszcie docieramy pod ładny drewniany domek z widokiem na całą Worochtę.

Kolacja

Wita nas przemiła kobieta i od razu zaprasza na przepyszną kolacje. Dzień kończymy huculskim bimberkiem, a gdzieś w oddali czeka na nas jutrzejszy cel – Howerla…

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.