Pikuj styczeń 2016

Początek Pikuj Team czyli pierwsza wyprawa…

Pomysł na wyprawę oraz apetyt na zdobycie jednego ze szczytów za wschodnią granicą rodził się w mojej głowie już od dawna, jak się później okazało nie tylko ja miałem ochotę na małą eskapadę… Któregoś listopadowego dnia podczas rozmowy z Marcinem, temat wyjazdu ujrzał światło dzienne. Nie trzeba było długo czekać. Za cel pierwszej podróży obraliśmy jednogłośnie najwyższy szczyt Bieszczadów Pikuj. Ze szczęścia zawrzało. Szybko ustaliliśmy termin wyprawy miał być to grudzień, następnie środek transportu mój już nie najmłodszy Opel Frontera. Bardzo szybko rozeszło się wśród naszych znajomych, że planujemy wyjazd w góry Ukraińskie i mamy jeszcze trzy wolne miejsca.

PikujTEAM styczeń2

W ekspresowym tempie dołączyli do nas Piotr, Rafał i Michał. No i się zaczęło, ustalanie trasy przejazdu, miejsca na nocleg, małe poprawki mechaniczne Frontuni, wygenerowania czasu na wyjazd oraz najważniejsze rekonesans szczytu, który mieliśmy zdobyć. Jak się później okazało ostateczny termin wyjazdu zmieniał się na styczeń. Niestety przed samym wyjazdem ze względów rodzinnych wykruszył nam się Michał.

Dzień wyjazdu…

Jeszcze ciemno, próbuje rozkleić mocno zaspane oczy. Razem ze mną wstają Rafał z Piotrkiem, którzy przyjechali wczoraj do mnie wieczorem, żeby nie tracić rano czasu na dojazd. 4:00 pakujemy się do samochodu, jest mroźno i dobrze na minusie, nie przeszkadza nam to, grzeje nas chęć zdobycia szczytu no i parę głębszych dziabniętych wczoraj wieczorem. Po drodze zabieramy Marcina i ciśniemy na granicę. Paszporty, odprawa i jesteśmy już na Ukrainie. Na chwile zajeżdżamy do sklepu na procentowe zakupy, ruszamy dalej bo nie mamy za dużo czasu w końcu czeka na nas góra przeznaczenia, którą trzeba zdobyć. Po drodze w lekki szok wprowadzają nas tylko kierowcy “marszrutek” poruszający się po oblodzonej drodze z prędkością światłą. Niektóre bankowo jeżdżą na oponach z kolcami. Robimy jeszcze kilka przystanków na fotki i ruszamy dalej w drogę.

Na jednym ze wzniesień ciężarówka załadowana drzewem “położyła się” do rowu.

PikujTEAM Styczeń4
Kraz w rowie

Towarzyszą nam całkiem ładne widoki.PikujTEAM Styczeń5

Jadąc wzdłuż Stryja widzimy miejsca przygotowane na święto Jordanu. Dojeżdżamy do Matkowa, gdzie mamy skręcić w prawo do Husnego. PikujTEAM Styczeń6Oczywiście przeoczyliśmy skrzyżowanie ale dosyć szybko spostrzegliśmy błąd i wróciliśmy na właściwą drogę. Jedziemy przez wieś, droga robi się coraz węższa, śniegu jest całkiem sporo. Na samym końcu drogi, po prawej stronie znajduje się nasze miejsce noclegowe. Okazuje się, że jest to ostatni budynek we wsi. Z racji tego, że godzina już jest późna, postanawiamy nie zatrzymywać się na kwaterze lecz jechać dalej i od razu atakować szczyt.PikujTEAM Styczeń8

Okazuje się, że nasza droga prowadzi przez potok płynący w dosyć głębokim jarze,ale jest fantazja, więc decyzja – jedziemy. Chłopaki się zaoferowali, że jak coś to pójdą po traktor. No to jedziemy, troszkę było problemu ale Frotunia poradziła. Jedziemy dalej. Czuję pod kołami, że jadę po zamarzniętym błocie. Przed nami widać jechał jakiś “czort” na dużych kołach. Zadanie – dojechać jak najdalej samochodem.

Po jakimś czasie znowu rzeczka, przejeżdżamy ją. Za rzeką zaczepiam o jakiś korzeń tracąc tym sposobem kilka plastików. Po kilku zakrętach spostrzegliśmy zaparkowanego “czorta” czyli traktor MTZ. Skoro on dalej nie pojechał to my też postanawiamy opuścić nasz pojazd.PikujTEAM Styczeń9

Niestety jest już po 9 a my tak naprawdę dopiero startujemy… Szybko zbieramy graty, przebieramy się i w drogę. Wiemy, że mamy znaleźć żółty szlak. Przed nami leśna droga, postanawiamy z niej skorzystać. Na forach internetowych pojawiały się informacje, że szlak jest zupełnie inaczej wyznaczony w terenie niż na mapie, więc widząc na GPS, że szlak jest trochę przesunięty zbytnio się tym nie przejmujemy. Humory dopisują, pogoda nie najgorsza, nie jest źle.

Jeden z potoków podczas podejścia

Postanawiamy, że o 13 robimy odwrót bez względu na okoliczności, po prostu chcemy wrócić przed zmrokiem. Maszerujemy drogą, wzdłuż potoku który swój początek ma pod Pikujem.  Po pewnym czasie droga się kończy i musimy troszkę skakać po jarach. Niestety nie dość często śledzimy wskazania GPS i w pewnym momencie orientujemy się, że omyłkowo poszliśmy jedna z bocznych odnóg naszego potoku. Trzeba wracać, nakładać drogi. Jary są coraz głębsze a sił coraz mniej… Chcemy jak najszybciej wyjść ponad granicę lasu. Śniegu coraz więcej. Po wyjściu z lasu zaczynamy zapadać się powyżej kolan w śniegu. Momentami, gdy noga wpadnie, to pod spodem nie czuć podłoża. PikujTEAM Styczeń10

Na połoninie mgła. Niewiele widać. Robimy postój na szybki posiłek. Rzut oka na nawigację – do szczytu w prostej linii ponad 2km. Nieźle zboczyliśmy z kursu. Na zegarku 13 godzina. Czas wracać. Podejmujemy decyzję, że spróbujemy znaleźć miejsce gdzie szlak wchodzi do lasu. Ruszamy w mgłę, teraz już bacznie śledząc wskazania nawigacji. W końcu docieramy do granicy lasu. W lesie widać zarys jakiejś drogi. Po kilkuset metrach – jest – blady, biało – żółty znak na drzewie. Jesteśmy na szlaku. Schodzimy w dolinę. W końcu jest znajome miejsce – rzeczka przez którą jechaliśmy rano. Ostatnie moczenie butów i do samochodu. Jeszcze tylko trochę offroad’u i jesteśmy pod naszym pensjonatem. 

Gospodarz zabiera nasze mokre ubrania i buty do sauny żeby je wysuszyć . Czeka na nas już obiadokolacja, a woda w czanie już gorąca. Rozgrzewamy się szybko kilkoma głębszymi i regenerujemy siły pożywnym posiłkiem. Zabieramy ręczniki i wskakujemy  się do czanu.

PikujTEAM Styczeń12
Czan

 Czan jest to rodzaj wielkiej metalowej miski, wypełnionej wodą, wyłożonej na spodzie kamieniami. Pod nią znajduje się palenisko które tą wodę podgrzewa do temperatury ok. 40-42°. Obok znajduje się kamienny basenik, wypełniony zimna wodą, służący do schładzania się. Całość znajduje się w drewnianym budynku, zbudowanym z cienkich desek, które chronią praktycznie tylko przed wiatrem.

PikujTEAM Styczeń13
Basenik do schładzania się po wyjściu z czanu.

Pierwsze wejście do gorącej wody było niczym w porównaniu do pierwszego wejścia do zimnego baseniku. Pan Piotr postanowił jako pierwszy do niego wskoczyć i… Okazało się, że szlachetnymi czterema literami przebił lód którym skuta była woda. Reszta miała już łatwiej. I tak mocząc się w wodzie zakończyliśmy pierwszy dzień wyprawy. Jako, że wszyscy żałowaliśmy niepowodzenia – zapadła decyzja – jutro poprawka.

Dzień drugi…

PikujTEAM styczeń
Polana z której startowaliśmy w drugi dzień

Z samego rana jeszcze grubo przed budzikiem wstajemy z mocnym postanowieniem zdobycia szczytu. Za oknem szaro i dalej mroźno termometr zatrzymał się na -25 stopniach. Ładujemy baterię potężnym i smacznym śniadaniem, herbata w termosie gotowa, szybkie pakowanie, „witaminy” w płynie, dziś ma być łatwiej – wiemy skąd ruszamy. Frontka dzielnie dowozi nas na miejsce startu. Nie czekając ciśniemy ostro pod górę…

PikujTEAM Styczeń
Zółty szlak na Pikuj.

W szybkim tempie docieramy do granicy lasu.

PikujTEAM Styczeń
Granica lasu pod Pikujem.

Tutaj, całkiem inny świat, półtora metra śniegu pod ciężkimi już nogami, podejście robi się bardzo strome, wiatr wieje z mocą huraganu, momentami ciężko ustać, odczuwalna temperatura spadła do -43 stopni, jest cholernie zimno!!!

PikujTEAM Styczeń
Widok w stronę szczytu z granicy lasu.

Nie poddajemy się, szybki rzut oka na mapę oraz GPS, zostało nam do szczytu nieco ponad kilometr marszu. Wspinając się chwilami nie widzimy się wcale, wolno posuwamy się do góry uważając żeby nikogo nie zostawiać w tyle. Nagle na chwilę słońce przebija się przez chmury, no nie… daje się dostrzec szczyt, niby to nie 8-tysięcznik, ale radość nasza sięga zenitu. Teraz wiemy gdzie mamy się kierować, idzie się znacznie lepiej, jakby lżej, nawet lodowaty wiatr mniej przeszkadza.

PikujTEAM Styczeń
Zimowy Pikuj

Mocno zmęczeni ale bardzo szczęśliwi w końcu docieramy do szczytu. Nareszcie…!!!

PikujTeam Styczeń
Miejsce za skałą które osłania trochę od wiatru

Na szczycie nie idzie wytrzymać więcej niż minutę, lodowaty wiatr wychładza organizm w sekundzie, trzeba bardzo uważać. Dokumentację ze szczytu Raffu przepłaca odmrożonymi palcami.

PikujTEAM Styczeń
Zimowy widok z Pikuja

Parę metrów pod szczytem jest miejsce, gdzie udaje się nam spokojnie wypić kubek ciepłej herbaty. Niestety dzisiaj nie nacieszymy oczu widokami ze szczytu. Wracamy do ściany lasu z prędkością światła, a raczej z prędkością wiatru, który nas tam pchał. Wchodzimy w las…cisza…spokój…wytchnienie…wracamy.  U Ivana, czeka już na nas pyszny obiad i gorący czan. Koniak też się doczekał…wszyscy padli, śpimy jak dzieci, niestety krótko bo dzisiaj musimy wracać do Polski.

PikujTEAM Styczeń
Nasza kwatera – Bojkowska Chata – Husne Wyżne

Droga powrotna do domu mija nam szybko. Koło godziny 22 wszyscy w jednym kawałku, meldujemy się na przejściu granicznym. I tu niektórym przypomina się, że kurde jutro trzeba wstać do pracy!!! Hmmm…Ta wyprawa dała nam niezłego kopa, sporego bagażu doświadczeń oraz to co najważniejsze pokory jaką trzeba zachować w górach nie ważne czy są niskie czy wysokie. Myślę, że każdy z nas zapamięta ten wyjazd jako epicki, kultowy a przede wszystkim udany bo zdobyliśmy szczyt…!!! Jest to początek jak się później okazało serii kolejnych zakręconych wojaży…

…wspominając ten pierwszy wypad, każdy z nas uśmiecha się po same ósemki szykując się na następny…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.