Czarnohora – Howerla 2016 – cz. 2

Ruszamy do Zaroślaka…

Poranek wita nas piękną i rześką pogodą. Jesteśmy lekko ospali po całym wczorajszym dniu podróży i niemałych atrakcjach.

Kwatera

Na poranny start up kieliszek czegoś mocniejszego stawia nas szybko na nogi. Schodzimy na śniadanie. To co tam zastaliśmy to kulinarny raj, regionalne specjały przeplatane świeżym, domowym jedzeniem. Pani Irena to bezapelacyjnie nasz Masterchef!  Zbieramy graty, pakujemy plecaki i już gotowi siedzimy we Frotuni. Z pod domu rozpościera się piękna panorama Worochty. Howerli niestety nie widać. Ruszamy do głównej drogi i dalej w kierunku Werchowiny. Kilka kilometrów za miejscowością odbijamy  w zniszczoną drogę w stronę Zaroślaka.

Początek drogi w stronę Zaroślaka

Chwile później docieramy do punktu poboru opłat do Karpackiego Parku Narodowego. Tam musimy wpisać się do książki i podać trasę, którą zamierzamy pokonać. Co ciekawe, nie ma tu zakazu wjazdu. Każdy z nas łapie po bilecie i jedziemy dalej.

Wjazd do Karpackiego Parku Narodowego

Po kilku minutach jazdy naszą uwagę przykuwa czarny punkt na środku drogi i biegające w okół niego psy.  Scena żywce wyjęta z Westernu to zdekapitowany łeb jakieś lokalnej “tatanki”. 

Zdekapitowany łeb

Mimo to pniemy się drogą coraz wyżej. Otacza nas las jak z sagi Hobbita jest w nim sporo magii. Nie bylibyśmy sobą gdybyśmy nie zrobili fotki w tak pięknych okolicznościach przyrody.

W Hobbitowym Lesie

Miejscami z porannej mgły wygląda do nas cel dzisiejszej podróży – Howerla. Na którymś postoju wszyscy robimy sobie zdjęcia a Bażant znalazł starożytnego pra-trampka.

Pra-trampek

Serpentynami, już coraz gorszą szutrową drogą docieramy do Zaroślaka. Zostawiamy samochód wśród straganów i autobusów. Ostatnie szlify ekwipunku i ruszamy.

Przed nami Howerla

Kierujemy się wzdłuż potoku za znakami niebieskiego szlaku. Po jakimś czasie naszym oczom ukazuje się widok niecodzienny, a wręcz tragiczny. Na jednym z drzew wisi wisielec… Co do cholery?

Zaroślacki wisielec

Po bliższym zapoznaniu się z obiektem okazuje się, że to kukła mająca reklamować taki malutki park linowy. Po takim niecodziennym wstępie nie pozostaje nam nic innego jak ruszyć dalej. Nasz szlak to raczej szeroki na kilka metrów trakt. Pod nogami, jak macki wielkiej ośmiornicy, wiją się korzenie w niezliczonej ilości. Pniemy się w górę wzdłuż górnego biegu Prutu. Wychodząc ponad granicę lasu spotykamy artefakt po niedawnych opadach śniegu w postaci małego bałwanka. Skończył się las, zaczęła się kosodrzewina. Na szczęście ścieżka jest tak szeroka, że w niczym nam ona nie przeszkadza.

Trakt na Howerlę
Trakt na Howerlę

W pewnym momencie słyszymy szum, jakby mocny wiatr wiejący na szczycie. Ale to nie wiatr lecz widoczny w oddali Wodospad pod Howerlą (Huk). Szlak coraz stromiej pnie się w górę. Pojawiają się wielkie kamienie, trzeba coraz wyżej podnosić nogi.

Schody do nieba

Szczyt musi być już niedaleko. Spoglądając za plecy, całkiem w dole, widzimy czerwone dachy schroniska na Zaroślaku. Wspinamy się dalej. Jeszcze tylko kawałek i będziemy na szczycie. Wychodzimy a tam przepiękny widok na… kolejne podejście…

Czerwony dach Zaroślaka

Góra nas przechytrzyła. Skończyły się głazy i kontynuujemy podejście trawiastą połoniną. Zrobiło się znacznie chłodniej więc wszyscy zakładamy kurtki. Jest słonecznie ale zaczął wiać wiaterek. Ciągle mijamy się z licznymi grupkami starszych i młodszych piechurów.

Już prawie…

Jak na tę porę roku i ukraińskie Karpaty jest ich całkiem sporo. W końcu wkraczamy na szczytową kopułę Howerli. Rozbijamy się na jej skraju. Jest czas na chlebek z sałem od pani Ireny i jakiś orzeźwiający napój. Pogoda jest piękna – niebieskie niebo, pierzaste chmurki, powietrze tak przejrzyste, ze widać najdalsze szczyty. Pogoda idealna dla każdego fotografa. Błękit nieba miesza się z żółcią połonin i bielą reliktów panującej tu jeszcze kilka dni wcześniej zimy. Na samym szczycie pomnik w którym została umieszczona ziemia z wszystkich obwodów Ukrainy, obok betonowy obelisk – oczywiście w niebiesko-żółtych barwach.

Na szczycie Howerli
Na szczycie

Na około walają się strzępy flag w tych samych kolorach, których pilnuje oddział “strażników Howerli”, czyli bezpańskich psów wałęsających się po szczycie. My natomiast robimy sobie kilka zdjęć z naszą Biało-Czerwoną i ruszamy w kierunku Breskułu.

Biało-czerwona na Howerli
Biało-czerwona na Howerli

Towarzyszą nam już od Howerli niskie słupki z datą 1923 i literami P oraz CS. To ślady po międzywojennej granicy polsko-czechosłowackiej. Tym szlakiem nie idzie już prawie nikt oprócz nas.

Widok na Czarnohorę
Zejście w stronę Breskułu

Za nami jedynie podąża jakaś dwójka hałaśliwych Ukraińców. Przysiadamy na chwilę na Breskule. Stąd Howerla wygląda zupełnie inaczej.

Howerla od strony Breskułu
Howerla od strony Breskułu

Udajemy się dalej, wzdłuż dawnej granicy na Pożyżewską. Tutaj musimy znaleźć ścieżkę prowadzącą w dół w stronę stacji meteo. Wchodzimy na ścieżkę wciskającą się w łany wysokiej kosodrzewiny. Ścieżka jest wypłukana przez płynącą przez nią podczas deszczów wodę. Miejscami urywa się pod nogami wysokim progiem. Kosodrzewina niemiłosiernie szarpie wszystko co mamy na sobie, skutecznie spowalniając marsz.

Czarnohorska kosodrzewina

W końcu docieramy do stacji meteo, która wygląda na niezamieszkałą. Po chwili odpoczynku ruszamy szutrową drogą w stronę Zaroślaka. Przed samym parkingiem okazuje się, że Piotr “złapał gumę” – tzn. odpadła mu podeszwa. Dobrze, że stało się to już na samym końcu naszej wycieczki.

Hobbit, głazy i sauna…

Rozglądamy się trochę po znajdującym się tutaj bazarku, kupujemy magnesy, kubeczki i inne pamiątki, bierzemy po łyku 1715 i pora wracać. Wracamy drogą biegnącą przez Hobbitowy Las. Wzdłuż niej wartkim nurtem, pomiędzy skałami swoje wody toczy Prut. Czemu by nie uwiecznić tego na fotografii.

Na kamieniach Prutu

Wszyscy dziarsko wskakujemy na wystające z dna głazy i pomimo zapadającego zmroku uwieczniamy nasz pobyt na elektronicznej kliszy. Wracamy do Worochty gdzie czeka na nas pyszna kolacja u pani Ireny. Później sauna, tam Misiek tak okładka nas witkami, że żadne zakwasy nie będą nam straszne.

Biesiadka w saunie

Wieczorem uzupełniamy jeszcze utracone płyny i czekamy na to co przyniesie nam kolejny dzień…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.