Bieszczady Wschodnie – Pikuj – zima 2017

Jeszcze pod Howerlą ustaliliśmy, że następny wyjazd to zimowy Pikuj, i kolejne przetestowanie swoich sił na mroźnym i wietrznym szczycie. Minęło sporo czasu, a każdy z nas czekał jak na szpilkach na ten wypad. Może tym razem pogoda będzie bardziej dla nas łaskawa.

Wysoki lot, kości, gorący czan…

Start tym razem miękki, w terminie i bez większych przeszkód jedyna zmiana to wymiana pojazdu, a tym samym kierowcy. Tym razem za sterami Misiek. Nasz zasłużony kierowca Smoła wylądował w drugiej klasie, teraz czeka go podróż pełna procentów.  

Przez uroczo dziurawe drogi rozległej Ukrainy będziemy przemieszczać się Kadilakiem Miśka. 

Standardowo wczesnym mroźnym rankiem całą drużyną pakujemy się do wozu i ruszamy na granicę. Płynna i bezproblemowa odprawa, szybki pit stop pod sklepem, a tam kupujemy dużo wody mineralnej o właściwościach grzewczych nie mniejszej niż 40%, bo na zewnątrz szaleje bardzo suchy mróz, a odwodnienia boimy się najbardziej. Dalej jedziemy do Starej Soli. 

Tam zaglądamy przez okna starego kościoła, robimy kilka fotek i lecimy dalej do Starego Sambora. Raff  po drodze zalicza aptekę, jak zwykle szuka magicznego specyfiku na kolana, a my w tym czasie podziwiamy zimowe utrzymanie dróg w wydaniu ukraińskim. Po ostatniej katastrofie lotniczej, Raff wszedł w posiadanie nowego statku powietrznego, którym przy pierwszym postoju za miastem robimy loty testowe. 

Kierujemy się w stronę miejscowości Spas, gdzie skręcamy w prawo, by dalej dojechać do Ławrowa, gdzie znajduje się stary bazyliański klasztor. Stajemy na dziedzińcu i szukamy wejścia do miejscowej cerkwi. Przez główne drzwi wchodzimy do zabudowań klasztornych. Snujemy się chwilę po surowych, wymarłych korytarzach. W jednym z pomieszczeń spotykamy księży przygotowujących się do mszy. Jeden z nich zgodził się pokazać nam cerkiew i opowiedzieć o jej historii oraz o XV-wiecznych freskach widniejących na ścianach. Po skończonej opowieści zniknął tak szybko jak Batman w mrocznych zaułkach klasztoru. Zwiedzając klasztorne otoczenie… 

…wyszliśmy na dzwonnicę, u podnóża której przywitał nas leżący na trumnie kościotrup. Smoła mocno zapatrzony na kompleks klasztorny trafia na lód pod śniegiem, nagle w głowie głosy “kur.. ale urwał…”. tak się poskładał, że aż  w przydrożnym rowie lód popękał. Przynajmniej rozprostował kości.   

Ruszamy daje, po chwili niepokojąca suchość naszych gardeł skłania nas do chwilowego postoju. Smarujemy, a Misiek zaczyna układać napis PikujTeam z przydrożnych patyków, będzie latane. Dron wyskakuje z przenośnego hangaru filmując nasze najnowsze dzieło.

Łyczek koniaku zagryzamy koreczkiem “made in Bażant” i dalej sypiemy w kierunku naszego dzisiejszego celu. 

Zaskakuje nas stan nawierzchni. Podczas poprzednich podróży trzeba było kluczyć pomiędzy jamami i kraterami, a tu o dziwo mamy gładziutki asfalt! 

Jedynym świadkiem dawnego stanu nawierzchni są mosty, o których zdecydowanie ktoś zapomniał. Na jednym z postoi spotykamy dziwnego człowieka. Jego wygląd, delikatnie mówiąc, nie świadczył najlepiej o nim, ale gdy zaczął opowiadać o światowym kryzysie, końcu świata itp., to stwierdziliśmy, że mamy do czynienia z człowiekiem naprawdę oczytanym i inteligentnym.
Postanawiamy zmienić naszą dotychczasową trasę i pojechać przez Jaworę, gdzie chcielibyśmy obejrzeć znajdujący się tam stopień wodny. Odbijamy więc z głównej drogi w lewo i zjeżdżamy do wioski. Tym samym zbliżyliśmy się ponownie do lini kolejowej, która w centrum wsi przekracza drogę okazałym wiaduktem. Jest okazja do zrobienia kolejnych zdjęć, więc szybko wspinamy się stromymi schodami na grzbiet wiaduktu. Przy torach opuszczoną budka wartownicza, a w niej talia kart.

Szybka partyjka pokera i schodzimy do auta. Dojeżdżamy do elektrowni. Każdy rozchodzi się w swoją stronę. 

Oglądamy stopień wodny i zabudowania siłowni. Chwilkę rozmawiamy z ludźmi czerpiącymi wodę z pobliskiego źródła. Zawijamy się do samochodu i lądujemy w Turce na piwko i pielmienie do sprawdzonej już “Wiktorii” w Turce. Bażant wstępuje do sklepu naprzeciwko i oczywiście nie wychodzi z pustymi rękami, niesie w nich świeżutką, czerwoniutki spray. W drodze do Borynii jeszcze mały postój na loty dronem, a następnie odbijamy na drogę w kierunku Matkowa. Niestety na ten odcinek cywilizacja jeszcze nie zawitała i trzeba kluczyć pomiędzy wyrwami w jezdni. W pewnym momencie nasza droga zbliża się do rzeki Stryj, na którym utworzył się potężny zator lodowy. 

Chwilkę podziwiamy skromne działanie matki natury i pędzimy dalej, bo jakoś niespodziewanie dzień zaczął chylić się ku wieczorowi. W tych jakże ciepłych promieniach zachodzącego słońca Smoła i Raff wymieniają się doświadczeniami w dziedzinie Judo i walki w parterze na śniegu. Przynajmniej się rozgrzali…

Skręcamy w stronę Husnego. Im dalej w górę wsi tym droga węższa i śniegu jakby więcej. W pewnym momencie kadilak nie daje rady i strajkuje, oznajmiając, że dalej nie jedzie. Trzeba pchać. Szybko desantujemy się z pojazdu i okazało się, że mamy za ciężkie d…py, bo bez nas na pokładzie kadilak ruszył. Jesteśmy na miejscu. 

Kolacja, czan i wieczorne rozmowy przy kropelce czegoś mocniejszego to już nasz wyprawowy rytuał.

Lodowy szczyt, czerwony spray, domaszny elektrolit…

Ranek wita nas piękną, mroźną pogodą i lekkim kłuciem w boku.

Ładujemy baterie smakowitym śniadaniem, kompletujemy sprzęt i chwilę później poprzez chybotliwy mostek ruszamy na szlak. Bezkresne pola, które podczas pierwszej wyprawy przemierzaliśmy Frotką, dzisiaj pokonujemy z buta. Pogoda zdecydowanie po naszej stronie – jest słonecznie i bezwietrznie. Sunąc po śniegu z daleka spogląda na nas majestatyczny Pikuj. Szlak już znamy, więc tym razem nie ma mowy o pomyłkach.

Wchodzimy w mroczne knieje i ostrożnie pniemy się do góry. Przecieramy szlak, dawno nikt tędy nie szedł, a śniegu jest sporo. Na trasie mijamy polanki i przełomy z których możemy nacieszyć oczy panoramą Grzbietu Wododziałowego. Ostro szczytujemy na ostatnim stromym podejściu w lesie i wychodzimy na otwartą przestrzeń połoniny.

Pokrywa śniegu jest twarda i zmrożona, błyszczy się jak tafla zamarzniętego jeziora. Rzut oka za plecy, gdzie rozciąga się szeroka panorama Beskidów Skolskich.

Widoki zapisane na naszych twardych dyskach, ruszamy dalej bo zostało jeszcze trochę wspinaczki.

Jest chłodno, ale o niebo lepiej, niż pierwsze Pikujowe, szczytowe zmagania. Mocnym, ale spokojnym tempem docieramy na grzbiet. Tam spotykamy ślady skuterów śnieżnych, które niestety pogorszyły komfort chodzenia – nogi zaczęły się zapadać.

Zanim jednak osiągniemy sam szczyt,

chowamy się pod południową ścianą, gdzie zostawiamy plecaki i stamtąd wdrapujemy się na wierzchołek. Tam spotykamy grupę paralotniarzy i skitourowców.

Aparaty, kamera i dron nie stygną trzeba to zapisać nie tylko na kartach SD, ale i na kartach naszej pikujowej historii… 

Tu jest zajeb….e , ale powoli musimy wracać po nasze rzeczy pozostawione u podnóża szczytu. Szybki popas połączony z czerwonym sprayem i artystyczną fantazją Miśka owocuje przepięknym krwisto czerwonym napisem  PikujTeam u szczytu góry.

Jeszcze chwile podziwiamy malarską spuściznę Miśka po czym zarzucamy na grzbiet plecaki i grzecznie, niczym dzieci na pasach, suniemy w dół po własnych śladach.

W lesie robimy dłuższą pauzę. Misiek przy pomocy uniwersalnego sprayu rozpala ognisko, tym razem malując ogniem. Smażymy kiełbasę, przepijamy zmrożonym Lwowskim, pokrzepieni całością jesteśmy gotowi do dalszej drogi powrotnej.

Mocno późnym popołudniem przekraczamy progi naszej kwatery, gdzie posilamy się ciepłym i cholernie smakowitym obiadem. Pada pytanie – sauna czy czan? Zgodnie odpowiadamy – czan! Zaczynamy moczenie i to nie nocne – na przemian w gorącej i lodowatej wodzie – to usprawnia niesamowicie funkcjonowanie naszych organizmów, ale drastycznie obniża poziom naładowania.  Czas na uzupełnienie elektrolitów w naszych akumulatorach, bo liczniki pokazują mniej niż zero! Ale co to nasze oczy widzą – źródełko wyschło. Trzeba udać się do gospodarza, może czymś poratuje, jakimś lokalnym elektrolitem. Delegacja w składzie Marcinek i Smoła udają się na zakupy.

Gospodarz ratuje nas, praktycznie całkowicie rozładowanych, swoim domowym elektrolitem, oczywiście chłopaki sprawdzili wcześniej ilość energii w płynie i dostarczyli reszcie towarzystwa.

Jako dodatek do poprawnej katalizy mocy, dostaliśmy wielki słój kompotu śliwkowego, który Raff jako pierwszy poddał bezpośrednio obróbce prosto ze słoja…

Rzeka pełna lodu, pizza, szybki powrót do domu… 

O poranku wszyscy wstajemy z lekkim szumem w głowach, chyba za mocno wczoraj dolewaliśmy i się przelało. Po śniadaniu każdy ma chwilę dla siebie.

Raff poszedł oblatać teren z dronem, a Misiek ze Smołą poszli pozwiedzać pobliską turbazę.

Ostatni raz stajemy na chwile by po patrzeć w kierunku Pikuja. Pakujemy nasze klamoty do kadilaka i ruszamy w drogę powrotną. Na trasie napotykamy stare, poradzieckie ciężarówki wmarznięte po osie w taflę lodu.

Kierujemy się w stronę Sianek, gdzie chcemy odwiedzić wyciąg narciarski. Jedziemy skrótem, wiejskimi drogami. Tu czas jakby się zatrzymał.

Dzieciaki śmigają na sankach i wykonanych chałupniczą metodą nartach. Nie potrzebują wyciągów ani śnieżnych stoków. Niektórym wystarczy dach przydomowej piwnicy. Przed Siankami, po lewej stronie mijamy wyciąg krzesełkowy. Nie ma tutaj żadnej infrastruktury, a widać jeżdżących ludzi na stoku. Nie do końca wiemy o co chodzi. Problem niewiedzy rozwiązała nawigacja, która zaprowadziła nas pod nowoczesny kompleks z trasami biegowymi i wyciągiem.

Wyciągiem można wjechać na szczyt, a z niego trasy opadają na dwie strony góry i cała infrastruktura jest po stronie obiektu w którym się znaleźliśmy. Długo nie czekając kupujemy bilety i lecimy na szczyt.

Na górze szybki spacer, widok na Bieszczady i jazda w dół. Dzień powoli się kończy, słońce delikatnie chowa się za horyzont a my mamy coraz bliżej do domu.

Na koniec zaliczamy jeszcze jeden postój w związku z małym głodem. Lokujemy się w pizzerii w Starym Samborze. Tam przy piwku i dodatkach wymieniamy się wrażeniami z trzech ostatnich dni. 

Tej wyprawy pogoda dała nam spokojnie i bez ciśnienia zdobyć najwyższy szczyt Bieszczad. Idealne wręcz warunki pozwoliły nacieszyć oczy epickimi widokami, chcielibyśmy zawsze takiej aury na następne szczytowe wyprawy. Każdy z nas ma już mocno zaszczepione w serduchu piękno gór, które przemierzyliśmy a kolejne nadchodzące wyprawy dają kopa i 100% do many. Nie pozostaje nam nic innego jak planować następną…  

Poniżej kilka połączonych klatek filmowych z zimowej wyprawy, miłego oglądania.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.