Borżawa – Stoj 2017

Kolejna wyprawa w nieznane tym razem padło na łańcuch Karpat Wschodnich – Borżawę. Niestety startujemy w okrojonym składzie bo bez Smoły i Ciastka. Tak jak wcześniejszy wyjazd przygodę zaczynamy na dworcu kolejowym w Chyrowie, chwilę po przekroczeniu granicy.

Stalowy rumak, Savoir vivre i Pervak…

Jest jeszcze ciemno, poranek chłodny, pociąg również. Razem z nami jedzie “siedem ziół” skutecznie rozgrzewając zmarznięte części ciała jak i cały przedział.

Trasa do Sambora mija całkiem szybko z zachowaniem dobrych manier. Na miejscu kosztujemy piwo w miejscowym barze, do tego wchodzą jeszcze suszone kalmary. Robi się coraz jaśniej, a nam po kalmarach wyostrzają się zmysły. Jeszcze szybko przed odjazdem następnego pociągu łapiemy za aparaty. W drodze do Stryja podziwiamy tętniące życiem przedziały pociągu, klimat jak u babci przy kaflowym piecu – jest tu wszystko.

Tym wspaniałym środkiem transportu docieramy wreszcie do Stryja. Tutaj podobnie mamy trochę czasu dla siebie przed następnym pociągiem. Szybko i sprawnie uderzamy w miasto sprawdzić lokalne atrakcje.

W miejscowym barze z menu wybieramy regeneracyjną trójkę – Lwowskie piwo, pielmieni i 50 gram.

Najedzeni i rozluźnieni wracamy z powrotem na stacje, zahaczając w drodze powrotnej o sklep i zaopatrując nas w wędzone specjały oraz bomby chmielowo-witaminowe niezbędne do dalszej drogi.

Kupujemy bilety i wskakujemy do przedziału.

Na dalszą część podróży Raff zaopatrzył nas w bezalkoholowe piwo – ponoć przez pomyłkę. Na szczęście na ratunek przyszła weselna Marcina, więc było czym przepijać. Senny pociąg widmo ruszył w drogę. Było w nim wszystko “zakuszane” biesiady, perskie dywany i śpiące dziewczyny.

Na chwilę połowa ekipy przymyka oko, by po chwili obudzić się w Wołowcu, na naszej ostatniej stacji.  Zwiedzając miejscowe zabudowy oraz bazar, szukamy transportu do Filipca, gdzie mamy nocleg. Honda oraz wybitny szofer prowadzi nas przez huculskie łąki i pola do kwatery „U Stefana”, a tam „Pierwak” otwiera nam drzwi.

Rzucamy manatki i ruszamy na eksploracje terenu. Miejscowe czany i butelkowe ściany robią na nas spore wrażenie.

Po kilku kilometrach dziarskiego marszu, stołujemy się w napotkanym, jak by to nie brzmiało, Grand Hotelu. Pstrąg podany na gorącym kamieniu zaspokoił nasz głód, a lokalny bimber postawił nas na nogi wzmagając szum w głowach niczym Halny.

Lokalną taksówka wracamy do bazy i szykujemy się na jutrzejsze wyjście w góry. W dalszym ciągu pierwak pomaga nam zasnać.

Festiwal kolorów, Trembity i kiełbaska z suny…

Poranny szum w głowach wcale nie bierze się z potoku obok kwatery, a na zewnątrz jest dosyć mgliście. Magnez 10.000 ledwo daje radę na nasze wypłukane brzuszki. Wyjścia nie ma, to znaczy jest, ale ostro pod górę więc trzeba ruszać, szczyt sam do nas nie przyjdzie. Szybkie śniadanie upychanie rzeczy w plecaki i ruszamy. Taxi-Łada, w kasie bilety na wyciąg i pniemy się do góry.

Pomoc szybko się skończyła, teraz czeka nas wytyczenie trasy, pomaga nam w tym lampka koniaku i miejscowy ser z mini straganiku. Idziemy w dobrym kierunku, w kierunku wyznaczonym przez Marcina. Im wyżej się wspinamy, tym bardziej odkrywamy piękno Połoniny Borżawy, dosłownie kilkadziesiąt metrów brakowało do szczytowego górskiego orgazmu.

Niebo, chmury, góry to wszystko żyło w idealnej harmonii wraz z doskonałą mieszanką jesiennych kolorów…!!!

Chwila przerwy kalibracja GPS i kur… źle idziemy!!! Takich widoków, takich ujęć jeszcze nie mieliśmy, tego nie da się tego opisać a zdjęcia ledwo oddają to co tam się działo istny festiwal kolorów.

Wracamy się kawałek, by trafić na właściwy szlak. Łyk, może dwa koniaku, kilka głębokich wdechów i dalej zasuwamy ostro pod górę.

Sporą część trasy pokonujemy trawersem, a ostatnie 2 km granią.

Jeszcze ostatnie 200m i jesteśmy na szczycie. Loty dronem, niestygnące migawki w aparatach no i naturalnie arcy-piękne widoki. Zostajemy na szczycie ponad godzinę…!!!

Fotograficzny orgazm! Już drugi dzisiaj!

Niestety czas nagli trzeba powoli wracać, robimy to z ciężkim sercem.

Wracamy inną droga, bo w atrakcjach dzisiejszego dnia mamy jeszcze zobaczyć wodospad. Na miejscu Raff z Bażantem próbują swoich sił w graniu na Huculskich Trembitach. Na powrocie zaliczamy lokalne stragany i na zakwasy przyjmujemy kolejną dawkę lokalnego bimbru. Następnie szybko wracamy na kwatery. Obiado-kolacja, zaraz po tym czas na saunę, a tam kiełbaska z sauny. Zmęczenie i senność zaprowadziły nas szybko do łóżek, mimo dużej ilości wrażeń zasypiamy jak małe dzieci. 

Morze mgły, Gandalf mocno szary i Hinkali…

Kolejny dzień, kolejne mgły, do tego pomysł żeby po stromych zboczach Borżawy wdrapać się UAZ-em do szczytu Gimba.

Po śniadaniu pakujemy się do wozu i pędzimy na łeb na szyję mglistymi singlami ku górze.

Aparaty nie stygną, dzisiaj widoki po prostu urywają dupę…

Strome ścianki UAZ pokonuje bez większych problemów. Bardzo sprawnie zbliżamy się do szczytu. Raff z Bażantem jadą drugą klasą niczym worki ziemniaków na wozie.

Na szczycie widoki obłędne, chwilę jeszcze podziwiamy ogrom piękna Połonin i zjeżdżamy w dół.

Na miejscu szybkie pakowanie i uprzejmy gospodarz dowozi nas do  Wołowca. Tam pakujemy się do pociągu i to nie byle jakiego. Sunąc wesoło po torach stalową maszyną smarujemy się od środka wodą ognistą.

W trakcie naszej podróży spotykamy młodego Gandalfa oraz milion studentów, pociąg wypchany po dach ludźmi niczym PKP w Indiach, nie ma gdzie flaszki schować taki ścisk.

Trudy skompresowanej podróży ułatwia nam Wild Tiger Vodka. W tak doborowej asyście docieramy do Stryja. Na miejscu musimy spróbować kuchni Gruzińskiej, wiec czym prędzej podążamy w kierunku baru Chinkalnia. Tam pochłaniamy ogromne ilości różnych rodzajów chinkali, imeruli oraz paru inny smakołyków popijając to wszystko 50% czaczą…

Dobrze najedzeni i lekko rozleniwieni zatrzymujemy się jeszcze na szybkie zakupy, które umilą nam resztę drogi powrotnej.

Tabaka w pociągu pozwala nam dotrwać do końca podróży. Wieczorem wysiadamy na naszym ostatnim peronie w Starżawie.

Na miejscu okazuje się, że jesteśmy w przysłowiowej du..e! Nie mamy dalszego transportu do granicy. Szybka narada i telefon do Smoły czy czasem nie ma ochoty na szybki wypad na UA. Parę pięćdziesiątek później zjawia się transport.

Ekipa prawie w komplecie Smoła pewnie i bezpiecznie dostarcza nas do granicy.

To już kolejna wyprawa stalową strzałą niedalekiego wschodu, ciężko też opisać to co udało się nam zobaczyć. Połonina Borżawa to cholernie magiczne miejsce, to po prostu swoisty azyl, przebywanie w tym miejscu dodaje mnóstw energii, wprowadza człowieka w stan zachwytu, spokoju, błogości ciężko jest to opisać, zdecydowanie musicie się tam wybrać. Jesienna pora to pewny festiwal kolorów i nie zapomnianych widoków, których nic nie jest w stanie wymazać, nawet przekaz podprogowy…

Poniżej nie do końca krótki film z naszych wojaży na Borżawie…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.