Czarnohora, Huculszczyzna – Pop Iwan – 2018 cz. 1

Dużo czasu minęło od ostatniej wyprawy, której zwieńczeniem było zdobycie Stoja w masywie Borżawy. Zima i wczesna wiosna upłynęła pod znakiem jedynie krótkich wycieczek. Topniejący śnieg ustąpił miejsca krzykliwej zieleni wiosny. Pora pakować plecaki i ruszać w drogę. W planie PikujTEAM jest znowu Czarnohora, ze słynnym Popem Iwanem jako koronnym punktem naszego wojażu. Projekt zawiera też średniowieczne zamki i świątynie, piękne pejzaże i szerokie panoramy, wsie, miasta i miasteczka… 

Długa droga, zakręcony Dniestr i buszujący w zbożu… 

Bladym świtem, przecieramy oczka i faszerujemy kufer naszego pojazdu plecakami. Powóz, to kolejny debiutant w charakterze PikujTEAM-wozu czyli bażantowy “Szarik”. Początek to już znany wszystkim kanon – granica , sklep, zakupy i pierwsze łyki życiodajnych płynów. No to gazujemy w stronę wschodzącego słońca. W Starym Samborze spotyka nas, bezkonfliktowo zakończona, kontrola policyjna. Kierunek Sambor, gdzie zaplanowana przez nas trasa opuści znane nam szlaki i skieruje się w stronę Lwowa. Naiwnie wierzymy znakom drogowym, które prowadzą nas na obwodnicę, która okazuje się dziurawym jak ser szwajcarski traktem.

Tam spotyka nas wschód słońca, majaczący krwistym kolorem na horyzoncie. Taki widok należy uczcić maluchem czystej. Dalsza szosa w stronę Lwowa jest gładka jak stół i pokonujemy ją bardzo sprawnie. Pierwsza pomoc krąży w naszym autobusie, utrzymując u wszystkich doskonałe humory. Miasto “Zawsze Wierne” omijamy obwodnicą i obieramy azymut na południowy wschód. Po kilku kilometrach, w Pietniczanach, na niewielkim wzgórzu majaczą jakieś ruiny. Ile można siedzieć w aucie, pora rozprostować kości. Zatrzymujemy się pod “magazynem” wymalowanym reklamą czernichowskiego piwa. Po łyku na lepsze krążenie i zapytawszy wcześniej o drogę, ruszamy polną ścieżką na podbój zamczyska.

Na miejscu okazuje się, że z warowni została tylko wieża, ale jest tak urokliwie położona, że nawet dron został wyprowadzony z hangaru i odbył dziewiczy lot w tym dniu. Ruszamy dalej, gdyż kawał drogi jeszcze przed nami. Mijamy Rochatyń i ogromną elektrownię “na wodzie” w Bursztynie. Stąd już tylko kilka kilometrów i pierwszy z zaplanowanych na dziś postojów – Halicz. Przekraczamy Dniestr i i parkujemy naszą maszynę w okolicach rynku.

Szwendamy się chwilę po centrum, oglądamy miejscowe cerkwie i makietę dawnego Halicza – stolicy dużego księstwa, a przygląda się nam z wysokości swojego wierzchowca książę Daniel Halicki. Niespiesznie wspinamy się betonowymi schodami, które przeobrażają się w leśna ścieżkę, do ruin średniowiecznego zamku.

Doskonałe miejsce, by nawilżyć gardełka po trudzie wspinaczki. Gramolimy się na mury pamiętające jeszcze Kazimierza Wielkiego. Rozlewa się z nich wspaniały widok we wszystkich kierunkach. Z jednej strony majaczą kominy napotkanej już dziś elektrowni, z drugiej kopuła cerkwi w Świętym Stanisławie. Całość otaczają piękne scenerie Wyżyny Podolskiej, przeciętej leniwie toczącym swe wody Dniestrem.

Jeszcze chwila odpoczynku, garść informacji z przewodnika i maszerujemy w stronę rzeki, której brzegi spina żelazny, 300-metrowy most o wyszukanej konstrukcji. Kiedyś jeździł po nim “żelazny koń”, obecnie służy jedynie pieszym.

Na ulicach dużo osób w tradycyjnych koszulach. Okazuje się, że obchodzony jest tam “dzień wyszywanki” i stąd powszechny widok misternie haftowanego odzienia. Przy moście nasz wzrok przykuwa pomnik zbudowany z kotwic – jak się okazuje to monument upamiętniający inicjatorów żeglugi dniestrzanskiej tak tu kiedyś pływały parowce. No to po łyku – tym razem koniaczku i lecimy dalej w stronę widzianej z zamku kopuły. To cerkiew św. Pantalejmona, jedyna na zachodniej Ukrainie zachowana świątynia w stylu romańskim, a jednocześnie jedna z pozostałości dawnego Wielkiego Halicza.

Wracamy do głównej drogi, przy której napotykamy wyrastający do nieba, imponujący monument. Miecz i rodło – to symbol waleczności i pracowitości Haliczan. Dość historii – górna część rodła wygląda zachęcająco, może by się tam wdrapać? Po lufce na odwagę i już nasze ramiona wciągają nas na wcale nie niski element. Niektórym ujawniają się nawet przy okazji jakieś fobie, ale na to mamy lekarstwo.

Dron wzbija się w powietrze, kij od Gopro się rozsuwa, fotki, foteczki… pora jechać… Suniemy szeroką arterią w stronę Stanisławowa, który przejeżdżamy bez postoju, dziś nie ma czasu na bliższe zapoznanie się z tym miastem. Przemykamy przez jego centrum i znowu kierujemy się w stronę Dniestru. Mijając Tyśmienicę i Tłumacz docieramy do Odajowa. Parkujemy pod sklepem, bo jest potrzeba uzupełnienia zapasów. Ze sklepu żywcem wyrwanego z poprzedniej epoki, każdy wynosi co lubi. Dalej pieszo docieramy do krawędzi skarpy, spadającej prawie pionowo do granatowej tafli Dniestru.

Widok jest uderzający. Szeroka wstęga rzeki wygina się w ogromną pętlę, oplatając rozłożone na przeciwległym brzegu sioło. Po naszej stronie, z toni wyrastają pionowe mury rzecznego brzegu, utrzymujące wstęgę na swoim miejscu. Okoliczności wręcz zachęcają do dłuższego tu pobytu. Sączymy piwko, zagryzamy koreczkiem.

Część towarzystwa drzemie, część spaceruje wzdłuż krawędzi jaru. Ale niestety, słońce przeszło już na drugą stronę nieba, więc pora zbierać tyłki. Szutrowy dukt wiezie nas do Doliny, gdzie swoje wody niesie kolejna pętla Dniestru. Z doliny Szarik wiezie nas wśród czarnoziemów, poprzecinanych miejscami bruzdą białej skały, do Jezierzan. W pewnym momencie nasze oczy razi zielone morze młodego zboża, rozlanego aż po horyzont. Cumujemy u jego brzegu i zatapiamy się w zielonej otchłani, nad którą pływa nasz Latający Holender.

W Jezierzanach chwilka zastanowienia nad dalszą marszrutą, ale zdolności nawigacyjne członków ekipy oraz wskazówki tubylców pozwalają obrać właściwy kurs. Z racji tego, że dystans za nami już spory, kierowca zadeklarował chęć przejścia do drugiej klasy. Zmiennik Ciacho komenderuje – STOP, będzie zamiana za sterem. A oto, tuż obok drogi widzimy ruiny jakiejś budowli. Okazał się nimi stary kościół w Chocimierzu. Nowy kierowca ze zdwojoną mocą napiera do przodu, Bażant z ulgą naprawia skrajnie już odwodniony organizm. Za oknami Szarika przesuwają się zabudowania Obertyna i Kołomyi, za którą szosa zaczyna piąć się coraz mocniej w górę. Pistyń, Kosów Huculski za nami. Część “drink teamu” drzemie, część tępo patrzy przez szyby. Zmęczenie łamie już każdego.

Droga mocnymi zakosami rozcina górskie zbocza, na szczytach których przysiadły huculskie domostwa. Krzyworównia, a w niej sklep, a przed sklepem leją piwo – jesteśmy uratowani. Czarny Czeremosz prowadzi nas już prosto do Żabiego (Werchowiny). Znajdujemy drogę do naszego pensjonatu. Okazuje się, że znajduje się on na końcu bardzo stromej, żwirowej drogi. Ciacho stwierdza że nasze tyłki są za ciężkie na tę podróż i podaje komendę “z wozu”. “Szarik” lekko dysząc wdrapuje się na swoje legowisko, gdzie spędzi najbliższą noc.

Tobołki sprawnie wchodzą do pokoi, bo w jadalni już czeka na nas, jak się okazało, doskonały posiłek. A na zakończenie czeka na nas, przyjemnie schłodzone uszko, z wysokoprocentową zawartością. Do snu układa nas zdecydowana komenda Starszego Pana – “Już czas!!! – Jutro też jest dzień!!!”

One thought on “Czarnohora, Huculszczyzna – Pop Iwan – 2018 cz. 1”

  1. Cześć chłopaki !
    Miło się ogląda (przy okazji wspominając własne podróże)
    Powodzenia

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.