Czarnohora, Huculszczyzna – Pop Iwan – 2018 cz. 2

Wczorajsze prognozy nie napawały optymizmem i widać niestety, że będą chciały się potwierdzić. Niebo skrywa się pod grubą pierzyną chmur. Góry więc muszą jeszcze na nas poczekać, ale przecież nie będziemy siedzieć na tyłkach. Kierowca jest w formie 100%, “Szarik” też już się obudził. Doktor Piotr właśnie wybudza Marcinka i już możemy zasiadać do porannej biesiady. Po śniadaniu zapraszamy Pana Iwana na lufkę czegoś mocniejszego, a nasz gospodarz, w drodze rewanżu zaprasza nas do siebie.

Most bujamost, skalne bruzdy, szum Czeremoszu…

Na ladzie lądują różnorakie trunki własnej produkcji. Każda buteleczka bazuje na innym surowcu. Po degustacji pojawia się, znany wszystkim, przyjemny szum. Z podwórka powarkuje już na nas “Szarik”, więc najpierw poszukiwania sklepu a dalej pędzimy znaną już nam drogą w stronę Kosowa Huculskiego. Towarzyszy nam cały czas szum Czeremoszu i nie tylko. Przystajemy przy jednej z Czeremoskich wiszących kładek. Z rozsianych po górach huculskich zagród, schodzą się dzieciaki, by filigranowym bujamostem zaspokajać swój apetyt na wiedzę. Przechadzamy się nad szumiącą pod stopami tonią, gdy po raz pierwszy w dniu dzisiejszym, nad głowami pojawia się nasz aeroplan. Kończymy czas relaksu i smuga naszej trasy już prowadzi nas do Kosowa.

Przystajemy na wysokim brzegu Rybnicy, i niczym z teatralnej galerii, delektujemy się widokiem mruczącej, przebijającej się przez kamienne sznury rzeki. Kapuśniaczek zaczyna rosić nasze czoła, ale i tak zostajemy jeszcze chwilkę by zwilżyć nasze usta przepysznym trunkiem. Decydujemy, że udamy się nad samą rzekę. Pakujemy się i już szofer wiezie nas na drugi brzeg. Ochoczo zeskakujemy na brzeg głośno szepczącego strumienia.

Tu Rybnica przewierca się swoim nurtem przez skalne bruzdy, tworząc kamienistą rafę. To pole do popisu dla naszych foto-artystów, którzy starają się zamknąć zastaną scenerię w swoich magnezowych puszkach. 

Podążamy dalej na wschód, aby dotrzeć do miejsca gdzie II RP dzieliła swoją granicę z ówczesną Rumunią. To tutaj Czeremosz, swoim nurtem łączył dwa, duże europejskie kraje. Dziś jego brzegi spięte są długą, drogową przeprawą, wymalowaną w żółto-niebieskie barwy z tablicą informującą nas, iż po drugiej stronie przywita nas Bukowina. Jednak zanim to nastąpi, chcemy odnaleźć jeden obiekt. Gdzieś nad brzegiem Czeremoszu, w nadbrzeżnych zaroślach, chowają się ruiny placówki Straży Granicznej II RP. Informacje na jej temat mamy bardzo skromne. Dopytujemy miejscowych, pokazujemy zdjęcia, jednak każdy wzrusza ramionami, nikt nic nie wie – a może nie chce wiedzieć. Dzwonimy nawet do znajomego, który podobno kiedyś tutaj był, jednak i on nie potrafił wskazać nam dokładnej drogi, ale nakreślił nam przybliżony kierunek w którym powinniśmy się udać. Meandrując w gąszczu uliczek i ścieżek – przy pomocy młodych mieszkańców Kut – w końcu odnajdujemy poszukiwany budynek.

Przed 1939 rokiem zabezpieczał on, nieistniejący dziś, most graniczny. Wbrew obiegowej opinii to właśnie tutaj, a nie w Zaleszczykach, terytorium Polski opuściły najwyższe władze państwowe, żołnierze oraz cywile. To właśnie w Kutach odbyło się ostatnie posiedzenie rządu pod przewodnictwem prezydenta Mościckiego. Dziś z modernistycznego budynku pozostały tylko wypalone w środku mury, atakowane ze wszystkich stron ekspansywną roślinnością. Wracamy do współczesnej przeprawy i przedostajemy się nią “na multańską” stronę.

Ciepło, ciepło, miasto moreli, kolorowy czan…

Rozglądając się na około, ubolewamy nad utratą tak malowniczych terenów. Nasz kurs jest równoległy do biegu rzeki. Zadziwia nas ciepło i łagodność tutejszego klimatu, o czym mogą świadczyć mocno rozwinięte (jak na maj) owoce w ogrodach.

Delektując się browarkiem, przekraczamy Prut, który kilka kilometrów wcześniej przyjął wody szumiącego Czeremoszu. Stąd już bliziutko do Czerniowiec, ale niestety tym razem nie zdążymy odwiedzić tego malowniczego miasta. Nasza trajektoria biegnie nieskończenie prostoliniowo aż do Zaleszczyk, a jej klarowność zaburzają jedynie zrzucone na nią – niczym patelnie jakiegoś giganta – ogromne ronda.

Szosa biegnie płaskowyżem, z prędkościami dochodzącymi do 140km/h, by nagle wbić się w skały i kilkoma zakosami opuścić się kilka metrów niżej na brzeg Dniestru. Długa przeprawa przerzuca nas z powrotem na dawną polską stronę, do miasta winogron i moreli. Nie spędzamy jednak w nim zbyt wiele czasu lecz wracamy na drugą stronę i wiejskim duktem docieramy nad skraj skarpy. Tutaj widok jest wręcz porażający. Stalową podkową, odmęty Dniestru podkuwają zaleszczyckie kopyto.

To tam w dole wczasowicze przechadzali się obsadzoną klonami promenadą, kąpali się przy “plaży cienistej” a wygrzewali się na “plaży słonecznej”. Niestety ze świetności “Polskiej Riwiery” do dzisiejszych dni nic nie pozostało. Siąpawica zaczyna się wzmagać, co tylko potęguje nasze melancholijne nastroje, ale na poprawę humoru z Dniestru wyrasta kolorowy łuk, a z bagażnika flaszeczka okowity.

Przez Śniatyn i Kosów wracamy do Żabiego. Tam czeka już na nas gorący czan. Rozpalone szczapy świecą żywym ogniem pod żeliwną misą, rozgrzewając ją prawie do czerwoności.

W drugim pomieszczeniu lodowata woda mieni się kolorami tęczy i tylko czeka, by brutalnie schłodzić nasze ciała. Dzień kończymy zwyczajowo – czarnym Nemiroffem. A jutro Iwan – Pop Iwan… 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.